
Czy warto udawać orgazm w łóżku? Jak to wpływa na relację? Z czego się to bierze? Jak rozpoznać, czy partner udaje orgazm? Przeczytaj nasz najnowszy artykuł na Uniwersytecie Erotycznym!
Czy zdarzyło Ci się kiedyś odegrać przed partnerem mały teatrzyk i udać orgazm? Jeśli tak – nie jesteś wyjątkiem. Fałszywy orgazm to zaskakująco powszechne zjawisko w sypialniach na całym świecie. W słynnej scenie z filmu “Kiedy Harry poznał Sally” bohaterka grana przez Meg Ryan udaje szczytowanie w restauracji, wprawiając wszystkich w osłupienie – i wywołując salwy śmiechu widzów. Jednak w prawdziwym życiu udawany orgazm bywa już mniej zabawny. Dlaczego tak wiele osób decyduje się na takie małe “kłamstewko” w łóżku? Czy to rzeczywiście pomaga, czy może niesie ze sobą negatywne konsekwencje? Jako doświadczony seks coach i edukator przyjrzę się dziś temu tematowi z każdej strony – czy warto udawać orgazm i ile osób tak naprawdę to robi? Zapnij pasy, bo prawda może Cię zaskoczyć!
Orgazm na niby – jak często zdarza się udawanie?
Fałszywy orgazm to powszechny sekret sypialni. Choć mało kto chwali się tym otwarcie, statystyki mówią same za siebie. Rozmaite badania wykazały, że większość kobiet przynajmniej raz w życiu symulowała orgazm. W zależności od ankiety odsetek ten wynosi od ok. 50% do nawet 90% pań, które przyznają, że zdarzyło im się odegrać orgazm dla dobra sprawy. Innymi słowy – niemal każda kobieta choć raz udawała. To niemal reguła, a nie wyjątek!
A co z mężczyznami? Okazuje się, że panowie również udają, choć zdecydowanie rzadziej. W badaniach od 1/5 do 1/3 mężczyzn przyznaje, że zdarzyło im się sfingować szczytowanie. Być może brzmi to zaskakująco – przecież męski orgazm zwykle zdradza widoczny efekt w postaci ejakulacji. Mężczyźni jednak również znaleźli sposoby, by ukryć brak wytrysku (np. udając orgazm podczas stosunku w prezerwatywie i szybko pozbywając się dowodu, albo symulując finał przy seksie oralnym lub innym, gdzie brak wytrysku może ujść uwadze).
Krótko mówiąc, udawanie orgazmu nie jest niczym rzadkim. Można śmiało powiedzieć, że to zjawisko powszechne w życiu seksualnym wielu par. Skoro jednak tak się dzieje, rodzi się pytanie: dlaczego właściwie to robimy?
Dlaczego udajemy orgazm? Najczęstsze powody
Powodów, dla których ludzie udają orgazm, jest całkiem sporo. Czasem to pojedynczy incydent, czasem stała “strategia” w sypialni. Oto najczęstsze powody udawania orgazmu, o których mówią kobiety i mężczyźni:
-
Ochrona uczuć partnera (i jego ego) – Chcemy uniknąć zranienia czy rozczarowania ukochanej osoby. Udajemy finał, by partner myślał, że sprostał zadaniu i dał nam przyjemność. Wiele kobiet traktuje to jako formę „nagrody” dla partnera za jego starania lub sposób na podbudowanie jego męskiego ego.
-
Presja, by spełnić oczekiwania – Wiele osób żyje w przekonaniu, że “podczas seksu orgazm musi nastąpić za każdym razem”. Kobiety czują, że powinny dojść, najlepiej jednocześnie z partnerem – bo tak wypada, bo „inni tak mają”. Mężczyźni z kolei często są uczeni, że dowodem ich sprawności jest doprowadzenie kobiety do finału.
-
Chęć szybszego zakończenia seksu – Czasem powód jest prozaiczny: zmęczenie, znużenie, dyskomfort lub brak czasu. Ktoś może bardzo pragnąć już zakończyć zbliżenie (bo np. nie odczuwa przyjemności, jest wyczerpany, coś go boli lub zwyczajnie nie ma nastroju), ale nie chce urazić partnera. Udawany orgazm pozwala “grzecznie” zakończyć igraszki – skoro jedno z was doszło, to pora na finał.Brak komunikacji i wstyd – Jeśli partner nie daje nam orgazmu, często prawdziwym problemem jest słaba komunikacja. Wiele osób (zwłaszcza kobiet) wstydzi się otwarcie powiedzieć, co ich podnieca, czego potrzebują do osiągnięcia szczytu, albo co nie działa. Zamiast szczerze pokierować kochankiem czy przyznać, że tym razem się nie udało, wolą odegrać teatrzyk i unikać trudnej rozmowy.
-
Niepewność siebie i lęk przed “niesprawnością” – Niektórzy udają, bo obawiają się, że jeśli nie doznają orgazmu, partner pomyśli, że “coś jest z nimi nie tak”. Zwłaszcza kobiety często zadają sobie pytanie: „Dlaczego nie mogę dojść? Czy jestem nienormalna?”. Z lęku przed oceną lub kompleksów związanych z własną seksualnością wolą udawać, żeby sprawiać wrażenie ”seksualnie sprawnych”.
Kto udaje orgazm częściej – kobiety czy mężczyźni?
W społecznej świadomości utarło się przekonanie, że to kobiety znacznie częściej udają orgazmy. I faktycznie, badania potwierdzają, że panie dominują w tej “konkurencji”. Jak wspomnieliśmy, ponad połowa kobiet (a według niektórych sondaży nawet 3/4 czy więcej) ma na swoim koncie udawany orgazm. Panowie przyznają się do takich sytuacji rzadziej – statystyki w ich przypadku wahają się w okolicach 20–30%. Różnica jest więc wyraźna.
Dlaczego tak jest? Klucz tkwi w biologii i społecznych normach. Kobiecy orgazm bywa bardziej złożony – większość kobiet nie szczytuje łatwo w trakcie samej penetracji waginalnej. Potrzeba często dodatkowej stymulacji łechtaczki, odpowiedniego kontekstu, odprężenia. Męski orgazm (wytrysk) jest zazwyczaj łatwiejszy do osiągnięcia podczas stosunku – natura trochę faworyzuje panów w tym względzie.
Drugim aspektem są normy kulturowe i oczekiwania społeczne. Przez lata wmawiano kobietom (i mężczyznom również), że prawdziwy, "dojrzały" orgazm kobiety to ten osiągnięty w trakcie penetracji. Niestety, wiele kobiet nie doświadcza go w ten sposób regularnie – i absolutnie nie ma w tym nic złego ani nienormalnego, taki jest po prostu kobiecy organizm.
A co z mężczyznami? Choć rzadziej, oni też udają – z nieco innych powodów. Paradoksalnie, panowie najczęściej symulują orgazm z powodów… podobnych do kobiecych: by nie urazić partnerki i sprostać oczekiwaniom! Jeśli mężczyzna z jakiegoś powodu nie może dojść (np. przez zmęczenie, stres, alkohol, leki czy zwyczajnie “gorszy dzień”), często odczuwa ogromną presję, by i tak “dowieźć wynik”, bo przecież seks “powinien” zakończyć się wytryskiem.
Czy można rozpoznać udawany orgazm?
Skoro udawanie jest tak powszechne, wiele osób zastanawia się zapewne: czy da się poznać, że partner/partnerka tylko gra, a nie naprawdę szczytuje? To trudne pytanie. Najkrótsza odpowiedź brzmi: czasem tak, ale często absolutnie nie.
Dobra aktorka (lub aktor) potrafi bardzo przekonująco odegrać rozkosz – włącznie z jękami, przyspieszonym oddechem, drżeniem ciała. Kultowa scena filmowa z udawanym orgazmem jest aż nadto przekonująca… i niejedna osoba w realnym życiu również potrafi odegrać takie przedstawienie bez fałszywej nuty. Szczególnie jeśli kochanek nie jest bardzo uważnym obserwatorem, może nie mieć pojęcia, że partnerka symuluje ekstazę.
Istnieją jednak pewne sygnały, które mogą zdradzić fałszywy orgazm. U kobiet prawdziwemu orgazmowi często towarzyszą mimowolne skurcze mięśni pochwy oraz widoczne reakcje fizjologiczne – zaczerwienienie skóry (tzw. rumieniec seksualny), bardzo intensywne nawilżenie, chwilowa nadwrażliwość na dotyk. Jeśli orgazm jest udawany, takich objawów może brakować lub są “udawane” dość teatralnie. Gdy ktoś symuluje szczytowanie bardzo często i rutynowo, partner może zauważyć, że ”zawsze wygląda to tak samo” – identyczny scenariusz jęków i okrzyków, trwający zawsze podejrzanie krótko lub zawsze dokładnie przy tej samej pozycji. Prawdziwe orgazmy bywają bardziej zróżnicowane i nieprzewidywalne.
W przypadku mężczyzn głównym wyznacznikiem jest oczywiście ejakulat. Jeśli kochacie się bez prezerwatywy i partner twierdzi, że doszedł, a nie widać żadnych “dowodów” – coś jest nie tak. Gdy używacie zabezpieczenia, wykrycie udawanego orgazmu u mężczyzny bywa trudniejsze, bo prezerwatywa ukrywa brak nasienia. Pewną wskazówką może być jednak ciągła pełna erekcja tuż po “orgazmie” (mężczyźni po wytrysku zwykle potrzebują chwili przerwy, ich członek staje się wrażliwy i częściowo traci sztywność). Jeśli partner rzekomo właśnie szczytował, a sekundę później jest gotów kontynuować bez żadnej przerwy i nie wykazuje typowej po orgazmie nadwrażliwości – można nabrać podejrzeń.
Presja orgazmu – czy naprawdę trzeba szczytować za wszelką cenę?
W idealnym świecie kochankowie podchodzą do seksu na luzie, bez oczekiwań, ciesząc się bliskością niezależnie od tego, czy pojawi się fajerwerk na końcu. Niestety, żyjemy w kulturze, która wywiera ogromną presję na “osiągnięcie orgazmu”. Orgazm urósł do rangi miernika udanego seksu – jeśli był finał, seks się udał; jeśli nie, to znak porażki. Wiele osób wręcz czuje się zobowiązanych dostarczyć orgazm partnerowi/partnerce oraz samemu/samej go przeżyć, bo inaczej “coś jest nie tak”.
Takie podejście wynika z szeregu mitów i stereotypów zakorzenionych w społeczeństwie. Przez dekady kobiecy orgazm obrosły fałszywe przekonania – słynny Zygmunt Freud twierdził choćby, że orgazm pochwowy jest “dojrzały”, a łechtaczkowy “infantylny”. To szkodliwe rozróżnienie sprawiło, że przez lata kobiety czuły, iż muszą osiągać szczyt podczas tradycyjnego stosunku, bo inaczej coś z nimi nie tak. Dopiero współczesna seksuologia obaliła ten mit, pokazując że większość kobiet potrzebuje stymulacji łechtaczki do orgazmu i nie ma w tym nic nienormalnego.
Do tego dochodzi obraz seksu w mediach i pornografii – tam każdy zawsze przeżywa orgazm, często głośno i spektakularnie. W filmach erotycznych kobiety dochodzą z łatwością przy samym stosunku, niemal za każdym razem. Mężczyźni są niewzruszonymi macho zawsze gotowymi doprowadzić partnerkę do ekstazy. Rzeczywistość wygląda inaczej, ale mało kto o tym mówi. W efekcie para, której zdarzy się seks bez orgazmu jednej ze stron, myśli: “to nienormalne, coś poszło nie tak”.
Wiele kobiet przyznaje, że czuje się gorszymi kochankami, jeśli nie są w stanie dojść podczas zbliżenia z partnerem. Czują presję, by udowodnić swoje (i partnera) “umiejętności” poprzez finał. Mężczyźni z kolei często traktują kobiecy orgazm jak sprawdzian swojej męskości – jeśli partnerka nie osiąga szczytu, oni czują się nieudolni. To błędne i krzywdzące przekonania, które prowadzą do błędnego koła: zamiast wspólnie dążyć do autentycznej przyjemności, obie strony grają role pod dyktando presji społecznej.
Warto więc zadać sobie pytanie: czy orgazm naprawdę jest obowiązkiem za wszelką cenę? Czy seks bez orgazmu to rzeczywiście “porażka”? Odpowiedź brzmi: absolutnie nie!
Orgazm to nie wszystko – czy seks bez finału może być udany?
Czas obalić kolejny mit: seks może być satysfakcjonujący, nawet jeśli nie kończy się orgazmem. Zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn zbliżenie seksualne to coś więcej niż tylko polowanie na szczyt rozkoszy. Intymność, przyjemność z dotyku, poczucie bliskości, ciepło drugiej osoby – to wszystko sprawia, że seks jest przyjemny i wartościowy, nawet jeśli nie zwieńczy go fajerwerk w postaci orgazmu.
Wiele kobiet przyznaje, że potrafi czerpać satysfakcję ze zbliżenia nawet bez własnego finału. Czułość partnera, fizyczna rozkosz (nawet jeśli “niedomknięta” orgazmem), poczucie bycia pożądaną – to wszystko daje radość i spełnienie emocjonalne. Niektóre panie mówią wręcz, że odczuwają przyjemność z seksu jako takiego, a orgazm jest dla nich miłym dodatkiem, ale nie warunkiem udanego spotkania.
Orgazm to nie jedyny wyznacznik jakości seksu. Skupienie wyłącznie na “wyniku” może wręcz popsuć zabawę – gdy para obsesyjnie dąży do orgazmu, łatwo rodzi się frustracja (“muszę dojść, muszę dojść... o nie, znowu się nie udało!”). Taka presja działa zabójczo na spontaniczność i autentyczną namiętność.
Fałszywy orgazm – niewinne kłamstewko czy tykająca bomba?
Ktoś może powiedzieć: “Cóż złego w małym, niewinnym kłamstewku? Skoro wszyscy są zadowoleni i nikt nie został zraniony, to chyba nie ma problemu?”. Niestety, udawanie orgazmu potrafi być tykającą bombą dla związku i własnej psychiki. Oto najważniejsze negatywne skutki udawania orgazmu:
-
Twoja własna 'niesatysfakcja' seksualna – Udając, de facto rezygnujesz z własnego orgazmu. Za każdym razem, gdy udasz, utwierdzasz się w braku spełnienia. Na dłuższą metę może to prowadzić do głębokiej frustracji i poczucia, że seks nie daje Ci tego, czego potrzebujesz.
-
Utrwalanie złych nawyków w łóżku – Partner wierzy, że doprowadza Cię do ekstazy, więc nie ma motywacji, by coś zmieniać czy starać się inaczej. Skoro myśli, że jest świetnie, będzie powtarzał te same działania, które w rzeczywistości nie działają. Im dłużej trwa ten teatr, tym trudniej później o zmiany – w końcu “skoro zawsze dochodziłaś, to czemu nagle nie dochodzisz?”.
-
Narastająca frustracja i stres – Osoba udająca często zbiera w sobie negatywne emocje. Może pojawić się złość (“czemu to zawsze ja muszę udawać?”), poczucie krzywdy, a także stres przed każdym zbliżeniem (bo z góry zakładasz, że znów będziesz musiała udać). To jak zakładanie maski za maską – na zewnątrz odgrywasz rozkosz, a w środku kumuluje się napięcie.
-
Oddalenie emocjonalne i erozja zaufania – Udawanie orgazmu to forma oszustwa – zwykle czynionego w dobrej wierze, ale jednak. Zamiast szczerości wybierasz kłamstwo. To może nadwątlić więź między partnerami. Osoba udająca czuje się niezrozumiana i samotna w swoim problemie, a oszukiwana żyje w nieświadomości. Gdy prawda wyjdzie na jaw (a często kiedyś wychodzi), druga strona może poczuć się zraniona faktem, że latami była zwodzona. Zaufanie w związku może ucierpieć.
-
Spadek libido i ochoty na seks – Jeśli seks nie daje Ci prawdziwej przyjemności (bo nigdy nie dochodzisz, tylko udajesz), nic dziwnego, że Twoje zainteresowanie seksem może maleć. Organizm uczy się, że współżycie nie prowadzi do realnej nagrody (orgazmu), więc ekscytacja i popęd mogą słabnąć. W skrajnych przypadkach osoba może unikać zbliżeń, bo kojarzą się jej one z obowiązkiem odegrania kolejnego przedstawienia i rozczarowaniem.
-
Poczucie winy i niska samoocena – Wiele osób odczuwających potrzebę udawania zmaga się z wyrzutami sumienia (“okłamuję ukochaną osobę”) oraz przekonaniem, że coś jest z nimi nie w porządku (“czy ze mną jest tak źle, że muszę udawać?”). To podkopuje pewność siebie, zarówno w sferze seksualnej, jak i ogólnie.
-
Ryzyko narastających problemów w związku – Niespełnienie w sferze seksu może rzutować na codzienne relacje. Niewyrażone potrzeby i udawana satysfakcja czasem znajdują ujście gdzie indziej – zdarza się, że osoby chronicznie niespełnione w łóżku szukają emocji poza związkiem. Badania wykazały na przykład związek między częstym udawaniem orgazmów a większą skłonnością do zdrady – brak satysfakcji i intymnej szczerości może pchać niektórych do poszukiwania “prawdziwych” przeżyć gdzie indziej.
"Fake it till you make it" – czy udawanie może pomóc?
W psychologii funkcjonuje powiedzenie “fake it till you make it” – udawaj, aż stanie się to prawdą. Czy to możliwe, że udawany orgazm mógłby kiedyś przerodzić się w prawdziwy i w ten sposób pomóc? Brzmi jak paradoks, ale są pewne sytuacje, w których pozorowanie reakcji seksualnych może pozytywnie wpłynąć na intensywność doznań.
Badania seksuologów z Uniwersytetu w Teksasie (2019) wykazały, że osoby, które “odgrywały” podczas seksu pewne oznaki zbliżającego się orgazmu – jęki, przyspieszony oddech, mocniejsze ruchy bioder – faktycznie odczuwały większą przyjemność i łatwiej osiągały faktyczny orgazm. Innymi słowy, udawane podniecenie potrafi podkręcić atmosferę i rozpalić ciało jeszcze bardziej, co czasem prowadzi do autentycznego szczytowania. To trochę tak, jakby nasz mózg dał się “oszukać” ciału: skoro już tak dyszymy i krzyczymy, to chyba dzieje się coś ekscytującego – i faktycznie wzrasta pobudzenie seksualne.
Jak przestać udawać i zacząć czerpać prawdziwą przyjemność
Załóżmy, że rozpoznajesz u siebie tendencję do udawania orgazmu i chcesz to zmienić. Brawo za odwagę! To pierwszy krok ku zdrowszemu, bardziej satysfakcjonującemu życiu intymnemu. Jak się za to zabrać? Oto kilka wskazówek od sex coacha, jak przestać udawać i poprawić swoją sytuację seksualną:
1. Postaw na szczerą rozmowę z partnerem. Bez otwartej komunikacji ani rusz. Wybierz spokojny moment poza sypialnią i powiedz ukochanej osobie, co czujesz. Możesz przyznać, że zdarzało Ci się udawać orgazmy – podkreślając, że robiłaś/eś to z troski, by nie sprawić przykrości. Wyjaśnij, że pragniesz prawdziwej bliskości i satysfakcji dla was obojga, dlatego wolisz być szczery/a.
2. Poznaj swoje ciało. Czasem udajemy, bo sami nie wiemy, co mogłoby doprowadzić nas do orgazmu. Zwłaszcza kobiety, wychowane często w atmosferze tabu wokół masturbacji, miewają problem z rozeznaniem własnych potrzeb. Dlatego zachęcam: eksploruj siebie na własną rękę.
3. Współpracujcie, eksperymentujcie. Zamiast traktować orgazm jak test zdany/oblany, potraktujcie go jak wspólny cel i przygodę. Jeśli do tej pory coś nie wychodziło, czas spróbować nowych rzeczy. Może potrzeba dłuższej gry wstępnej? Albo wprowadzenia stymulatora łechtaczki podczas penetracji? Może inna pozycja da lepsze rezultaty – taka, gdzie stymulacja jest intensywniejsza? A może warto skupić się na seksie oralnym lub ręcznym, jeśli to bardziej niezawodna droga do finału? Opcji jest mnóstwo.
4. Zmieńcie definicję "udanego seksu". Tak, orgazm jest cudowny – ale nie zakładajcie, że tylko on czyni seks wartościowym. Celebrujcie każdy aspekt waszej intymności. Jeśli tym razem nie było orgazmu, ale było mnóstwo przyjemności, bliskości i czułości – uznajcie to za udane zbliżenie.
5. Uczcie się komunikacji na bieżąco. Nie chodzi tylko o jedną poważną rozmowę przy kuchennym stole. Ważna jest też komunikacja podczas seksu. Dawaj partnerowi znać, co lubisz – słowami, jękami, gestami. Prowadź jego/jej dłoń, pokazuj tempo, nacisk. Jeśli coś nie daje efektu, delikatnie zaproponuj zmianę (“Kochanie, może spróbujesz trochę mocniej/trochę wyżej?”). Nie bój się też powiedzieć “Wiesz co, dziś chyba nie dojdę, ale bardzo mi dobrze, kontynuujmy tak czy siak” – taka szczerość pozwoli partnerowi zrozumieć, że brak orgazmu nie oznacza porażki.
6. Cierpliwość i wyrozumiałość. Jeśli przez długi czas udawałaś/udawałeś, nie oczekuj, że z dnia na dzień wszystko się zmieni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nauka szczerości w sypialni to proces. Być może pierwszy raz, kiedy otwarcie nie dojdziesz i powiesz partnerowi “dziś nie było fajerwerków, ale nic nie szkodzi” będzie trudny dla was obojga. Stare nawyki mogą jeszcze kusić. Ważne jednak, by wspólnie wytrwać w postanowieniu autentyczności. Chwalcie się nawzajem za każdy mały postęp – np. jeśli partnerka pierwszy raz odważyła się powiedzieć, co lubi, partner powinien to docenić i pochwalić, i vice versa. Idźcie do celu małymi kroczkami.
7. W razie potrzeby, zasięgnijcie pomocy specjalisty. Jeśli problem jest głębszy – np. kobieta nigdy nie doświadczyła orgazmu i dlatego udaje, albo jeden z partnerów zmaga się z zaburzeniami (przedwczesny wytrysk, anorgazmia, silne blokady psychiczne) – warto rozważyć konsultację z seksuologiem lub terapeutą par. Czasem fachowe wsparcie pomoże szybciej rozwiązać kłopot, zidentyfikować źródło trudności i znaleźć strategie na poprawę życia intymnego.
