
Czym tak naprawdę jest otwarty związek? Czy człowiek jest stworzony do monogamii? Jak sobie radzić z zazdrością w otwartym związku? Dowiedz się więcej czytając nasz artykuł!
Ludzie od wieków ślubują sobie wierność aż po grób – ale czy na pewno tylko jedna osoba może dać nam pełnię szczęścia? Wyobraź sobie, że miłość Twojego życia proponuje Ci coś nieoczekiwanego: otwórzmy nasz związek. W jednej chwili czujesz dreszcz ekscytacji i ukłucie paniki. Czy to początek erotycznej przygody, która umocni Waszą relację, czy raczej przepis na katastrofę? Otwarty związek wzbudza skrajne emocje – jedni widzą w nim drogę do wolności i intensywniejszych doznań, inni moralny upadek i murowane złamane serca. Czy więcej partnerów faktycznie oznacza więcej szczęścia? Zanurzmy się w ten kontrowersyjny temat, gdzie psychologia spotyka się z realiami życia intymnego. Przed nami fakty i mity oraz eksperckie wskazówki. Będzie pikantnie, będzie naukowo, a przede wszystkim – szczerze do bólu.
Więcej partnerów = więcej szczęścia? Mit czy prawda?
Temat otwartych związków działa na wyobraźnię i... nerwy. Dla wielu ludzi idea dzielenia życia i łóżka z więcej niż jedną osobą brzmi jak spełnienie najskrytszych fantazji. Dla innych – jak moralny koszmar. Gdyby zapytać przypadkowe osoby, czy wyobrażają sobie taki układ, większość pewnie zaprzeczy z oburzeniem. Widać to choćby po żywiołowych reakcjach w sieci: „Otwarty związek to brak związku” – twierdzą niektórzy, "więcej partnerów to tylko romanse, nie miłość" – wtórują inni. Społeczny opór jest ogromny, a jednak coraz głośniej mówi się o ludziach, którzy żyją inaczej niż w monogamicznym schemacie.
Czym tak naprawdę jest otwarty związek? Wbrew pozorom to nie "skok w bok", tylko relacja oparta na świadomej zgodzie obu stron, by dopuszczać kontakty intymne (seks, randki, flirt) z innymi osobami. Kluczowe słowa to uczciwość i konsens. Partnerzy ustalają własne zasady i granice, zgadzając się, że nie będą dla siebie jedynymi kochankami. To odróżnia otwartość od zdrady – tutaj nic nie dzieje się za plecami drugiej osoby. Otwarty związek może przybierać różne formy: dla jednych to tylko swoboda seksualna poza stałą relacją, dla innych także przyzwolenie na dodatkowe więzi emocjonalne. Jeśli w grę wchodzą stałe, równoległe relacje uczuciowe z wieloma osobami, mówimy raczej o poliamorii (wielo-miłości). W klasycznym otwartym związku zwykle jest jedna para podstawowa, która wspólnie decyduje o dopuszczeniu innych partnerów na określonych warunkach.
Czy taki układ faktycznie może dać szczęście porównywalne z "tradycyjnym" związkiem? Badania zaczynają przełamywać stereotypy. Na przykład w jednym z sondaży stwierdzono, że pary w związkach otwartych deklarują podobny poziom zadowolenia z relacji i dobrostanu psychicznego, co pary monogamiczne. Innymi słowy, więcej partnerów nie musi oznaczać mniej satysfakcji – może być jej tyle samo, o ile związek jest oparty na zdrowych zasadach. To ważny punkt wyjścia: szczęście nie zależy wyłącznie od struktury relacji (monogamiczna czy otwarta), lecz od jakości więzi, komunikacji i spełnienia potrzeb partnerów. Mimo to, droga do takiego nietypowego szczęścia z pewnością nie jest usłana różami. Przyjrzyjmy się więc bliżej, skąd w ogóle biorą się pomysły na otwieranie relacji i czy nasza natura aby na pewno jest monogamiczna.
Monogamia kontra natura: czy człowiek jest stworzony do wierności?
Niektórzy naukowcy i seksuolodzy sugerują, że monogamia wcale nie leży w naszej biologicznej naturze. W świecie zwierząt tylko około 3-5% gatunków ssaków łączy się w pary na całe życie – cała reszta wybiera wielu partnerów w ciągu życia. A jak jest z homo sapiens? Ewolucja pokazuje, że ludzie nie rodzą się restrykcyjnymi monogamistami.
Z historycznego punktu widzenia monogamiczne małżeństwo zostało wymyślone przez kulturę – sprzyja stabilności rodziny, wychowywaniu dzieci, przekazywaniu majątku i porządkowi społecznemu. Innymi słowy, utrzymywanie się modelu "jeden partner na całe życie" bardziej wynika z norm społecznych i religijnych niż z biologii. Oczywiście wiele osób z wyboru jest szczerymi monogamistami – taka postawa też jest zupełnie naturalna. Jednak znacząca część ludzi prędzej czy później odczuwa pociąg do kogoś nowego. Gdy tłumimy te pragnienia, często dochodzi do sekretnej zdrady.
Statystyki potwierdzają ten rozdźwięk między ideałem a rzeczywistością. Według badań , co najmniej 12% Polaków przyznaje się do zdrady fizycznej (a to tylko ci, którzy się przyznali!). Inne sondaże sugerują jeszcze wyższe odsetki niewierności. Skoro tak wiele osób łamie reguły monogamii po cichu, nic dziwnego, że niektórzy próbują innej drogi – otwartego układu, gdzie potrzeby realizuje się jawnie, bez oszukiwania nikogo.
Co ciekawe, chociaż tylko kilka procent społeczeństwa żyje faktycznie w związkach otwartych (szacunki mówią o ok. 3-7% dorosłych w Ameryce Północnej i podobnie ok. 4% w Polsce), to znacznie większy odsetek rozważa taką opcję. W tegorocznym sondażu aż 34% Amerykanów poniżej 30. roku życia stwierdziło, że preferowałoby model inny niż całkowita monogamia. Pokolenie młodych dorosłych jest wyraźnie bardziej otwarte na eksperymenty z formą związku. Zmieniają się czasy i oczekiwania – dla części społeczeństwa tradycyjna wizja "i żyli długo i szczęśliwie we dwoje" przestaje być jedynym wyobrażalnym scenariuszem.
Otwartość zamiast zdrady: uczciwość jako nowa wierność
Krytycy twierdzą często, że otwarty związek to żadna różnica względem zdrady. Czy na pewno? W rzeczywistości to zupełnie inny paradygmat relacji. W tradycyjnej monogamii wierność oznacza brak kontaktów intymnych z kimkolwiek poza partnerem. W modelu otwartym wierność oznacza co innego – dotrzymywanie umów i pełną szczerość wobec partnera. Nikt tu nikogo nie oszukuje. Można powiedzieć, że uczciwość zajmuje miejsce klasycznej wyłączności seksualnej. Jak stwierdził jeden z ekspertów, osób w otwartym układzie nie można nazwać zdrajcami, bo żyją według wspólnie ustalonych reguł – sami definiują, co w ich relacji jest akceptowalne, a co byłoby przekroczeniem granic. Skoro obie strony zgodziły się na dodatkowe relacje, to dopóki przestrzegają zasad, nie zdradzają się.
Co ważne, taki układ zadziała tylko jeśli oboje partnerzy autentycznie tego chcą. Eksperci ostrzegają, że godzenie się na otwartość wbrew sobie (np. ze strachu przed utratą partnera) prowadzi jedynie do bólu i poczucia krzywdy. Uczciwość musi być obustronna – zarówno w przestrzeganiu ustalonych zasad, jak i w wyrażaniu własnych granic. Tylko wtedy otwartość faktycznie bywa "bezpieczniejsza" niż zdrada.
Zazdrość i inne demony: jak radzić sobie z emocjami?
Jeśli cokolwiek budzi wątpliwości wokół otwartych związków, to z pewnością pytanie: co z zazdrością? Przecież nawet w zwykłym, monogamicznym układzie potrafimy być chorobliwie zazdrośni o drobnostki – jak więc znieść myśl, że ukochana osoba spędza czas (i uprawia seks) z kimś innym? To naturalne, że otwierając związek para mierzy się z całą gamą trudnych uczuć: od lęku przed porzuceniem, przez zranioną dumę, po wspomnianą zazdrość. Wiele osób zakłada, że taki eksperyment musi skończyć się katastrofą właśnie przez te emocje. Tymczasem praktyka pokazuje, że zazdrość da się oswoić, a niekiedy w ogóle jej poziom jest niższy, niż by się wydawało.
Kluczem jest zaufanie i komunikacja (o czym za chwilę) oraz szczerość co do swoich emocji. Osoby żyjące w otwartych relacjach podkreślają, że zazdrość nie znika magicznie, ale można nad nią pracować. Pomaga jasne ustalenie zasad (np. partner opowiada drugiemu tylko tyle, ile tamten chce wiedzieć – dla niektórych szczegółowe relacje byłyby zbyt bolesne, więc wolą ich unikać). Ważne jest też dbanie o poczucie bezpieczeństwa emocjonalnego głównej pary: regularne zapewnianie się o swojej miłości, okazywanie troski i pierwszeństwa głównego związku. W opisach par, którym się udało, często pojawia się paradoks: otwarcie związku wzmocniło ich więź. Kiedy obie strony czują się wolne, a zarazem chciane z wyboru, pojawia się nowy poziom pewności co do uczuć partnera.
W kontekście niemonogamii mówi się wręcz o zjawisku kompersji – czyli empatycznej radości z tego, że partner przeżywa coś miłego z kimś innym. Dla osób mocno zakorzenionych w monogamii brzmi to abstrakcyjnie, ale wiele poliamorycznych czy swingujących par zapewnia, że odczuwa satysfakcję widząc szczęście partnera. Oczywiście osiągnięcie takiego stanu wymaga czasu, wysokiej dojrzałości emocjonalnej i przepracowania własnych lęków. Zazdrość jest normalna – istotne, by potrafić o niej rozmawiać otwarcie, nie obwiniać i szukać rozwiązań, zamiast tłumić uczucia. W dobrze funkcjonującym otwartym związku panuje atmosfera wzajemnego zrozumienia: można przyznać się do ukłucia zazdrości bez ataku na partnera, a druga strona stara się dać więcej wsparcia i poczucia bezpieczeństwa. To ciężka praca nad sobą i relacją – ale nie niemożliwa.
Zasady gry: komunikacja, granice i bezpieczeństwo
Wejście na ścieżkę konsensualnej niemonogamii wymaga ponadprzeciętnej komunikacji między partnerami. To absolutnie nie jest coś, co można zrobić "na żywioł" bez wcześniejszych rozmów. Każda para ustala własny regulamin otwartości – zestaw zasad, które mają chronić związek i uczucia obu osób. Eksperci zgodnie wskazują, że fundamentem takiej relacji jest pełna szczerość, empatia i jasna komunikacja oczekiwań. Już sam proces negocjowania zasad bywa dla par testem dojrzałości. O czym warto porozmawiać?
Przede wszystkim o granicach: jakie aktywności są dozwolone, a jakie absolutnie wykluczone. Czy zgadzamy się jedynie na seks bez zaangażowania uczuciowego z innymi? Czy dopuszczamy randki, a może nawet relacje romantyczne na boku? Czy spotkania mogą odbywać się tylko osobno, czy również wspólnie (np. trójkąty, swingerskie imprezy)? Każda para ma inne komfortowe zakresy – dla jednych pocałunek z obcą osobą to już za wiele, inni akceptują nawet regularnych "drugich partnerów" pod warunkiem zachowania priorytetu dla głównej relacji. Wyznaczenie jasnych granic zapobiega wielu potencjalnym zranieniom. Jeśli oboje wiecie, na co się godzicie, łatwiej uniknąć nieporozumień.
Kolejny ważny obszar to bezpieczeństwo seksualne. Więcej partnerów to większa ekspozycja na ryzyko chorób przenoszonych drogą płciową czy nieplanowanej ciąży. Dlatego odpowiedzialne pary umawiają się na stosowanie zabezpieczeń (np. prezerwatyw) we wszystkich zewnętrznych kontaktach, regularne badania na STI (choroby weneryczne), a niekiedy korzystają z dodatkowych środków (jak antykoncepcja czy profilaktyka typu PrEP dla osób narażonych). Dbanie o zdrowie swoje i partnera to przejaw szacunku – zaniedbania na tym polu mogłyby zniszczyć cały sens otwartości.
Wreszcie, ustalenia logistyczne i emocjonalne: jak często i kiedy wolno umawiać się z kimś innym? Czy partnerzy informują się o każdym spotkaniu, czy raczej stosują zasadę "nie pytaj, nie mów" dla zachowania pewnej prywatności? Jak postępować, gdy pojawią się głębsze uczucia do osoby trzeciej – czy to oznacza koniec układu, czy dopuszczamy poliamoryczny scenariusz? Takie pytania warto zadać zawczasu. Oczywiście, życie pisze własne scenariusze i nie da się przewidzieć każdej sytuacji.
Blaski otwartego związku: wolność, rozwój, przygoda
Skoro już wiemy, ile trudu kosztuje otwarta relacja, warto zadać pytanie: co właściwie można zyskać decydując się na nią? Okazuje się, że całkiem sporo. Wiele osób żyjących w takich układach podkreśla liczne korzyści, zarówno dla indywidualnego rozwoju, jak i dla samego związku. Oto niektóre z potencjalnych plusów konsensualnej niemonogamii:
-
Więcej różnorodności i namiętności: możliwość przeżywania intymności z różnymi osobami to ciągła nowość i ekscytacja. Zamiast rutyny, w życie erotyczne wkrada się element przygody – nowe ciała, osobowości, energie seksualne. To jak dopisywanie kolejnych rozdziałów do księgi swoich fantazji.
-
Spełnienie różnych potrzeb: jeden partner – choćby najwspanialszy – nie zawsze jest w stanie zaspokoić wszystkich naszych pragnień. Osoby w otwartych związkach wskazują, że mogą bez poczucia winy realizować różne aspekty swojej natury z różnymi partnerami. Ktoś może np. uwielbiać dzikie eksperymenty BDSM, podczas gdy stała partnerka/partner preferuje delikatną klasykę – otwartość pozwala mieć ciastko i zjeść ciastko. Badania potwierdzają, że motywacją do otwarcia relacji często nie jest "naprawa" czegoś ze stałego związku, ale chęć poszerzenia doświadczeń.
-
Wolność i autonomia: paradoksalnie, dając partnerowi wolność, często otrzymujemy w zamian to samo – poczucie swobody bycia sobą. Znika presja, by tłumić swoje ciągoty czy fantazje. Partnerzy otwarcie rozmawiają o swoich pragnieniach, co sprawia, że czują się akceptowani ze wszystkimi swoimi "dziwactwami". Taka relacja może być bardziej autentyczna, pozbawiona udawania przed sobą nawzajem.
-
Wzmocnienie głównego związku: choć brzmi to jak herezja, wielu otwartych par przekonuje, że ich więź stała się mocniejsza. Brak tematów tabu, konieczność rozmów o najtrudniejszych sprawach, pokonywanie zazdrości – to wszystko hartuje związek niczym stal w ogniu. Pojawia się głębsze zaufanie ("skoro partner dzieli się ze mną absolutnie wszystkim, łącznie z zauroczeniami, to znaczy, że naprawdę jesteśmy drużyną").
-
Nowe doświadczenia i nauka o sobie: relacje z więcej niż jedną osobą uczą elastyczności i empatii. Każdy nowy partner to nowe lustro, w którym się przeglądasz – możesz dowiedzieć się o sobie rzeczy, których nie odkryłbyś, będąc całe życie tylko z jedną osobą. Otwartość bywa więc szkołą emocjonalności: uczysz się negocjować, słuchać potrzeb różnych ludzi, radzić sobie z własnymi uprzedzeniami. To intensywne doświadczenia, które poszerzają horyzonty. Dla niektórych to wręcz element stylu życia nastawionego na ciągły rozwój i samopoznanie.
Cienie i wyzwania: co może pójść nie tak?
Nie jest jednak tak, że otwarte związki to pasmo samych korzyści. Mają one również swoją ciemną stronę, o której trzeba mówić otwarcie. Po pierwsze, stygmatyzacja społeczna. Żyjemy w kulturze, gdzie niemal wszyscy oczekują monogamii – ktoś, kto oficjalnie przyzna, że żyje inaczej, ryzykuje niezrozumienie, złośliwe komentarze, a nawet potępienie. Widać to na forach czy w mediach społecznościowych, gdzie wyznania osób z otwartych związków często spotykają się z hejtem i deklaracjami typu "to nie jest prawdziwa miłość". Nic dziwnego, że wiele par decyduje się ukrywać swój nietypowy styl życia przed rodziną czy znajomymi, by uniknąć napiętnowania.
Po drugie, ogromny nakład czasu i energii. Utrzymanie jednej zdrowej relacji bywa wyzwaniem – a co dopiero dwóch czy trzech jednocześnie. Dodatkowi partnerzy to dodatkowe potrzeby do zaspokojenia, więcej godzin spędzonych na randkach, rozmowach, rozwiązywaniu potencjalnych konfliktów.
Następnie, potencjał zranienia uczuć. Otwartość wymaga dojrzałości, ale nie każdemu jej starcza. Jeśli partnerzy zaniedbają komunikację lub ktoś zacznie działać egoistycznie, łatwo o tragedię. Na przykład złamanie ustalonych zasad – ukrycie czegoś, przekroczenie granicy, na którą druga osoba się nie godzi – bywa podwójnie bolesne. Nie dość, że wiąże się z faktycznym czynem (seksem, zaangażowaniem z kimś innym), to jeszcze burzy zaufanie, bo umawialiśmy się na konkretny układ.
Wiele otwartych związków rozpada się też z bardziej prozaicznego powodu: zmiana uczuć. Nikt nie jest odporny na zakochanie. Umawiając się na niezobowiązujące przygody, zawsze istnieje ryzyko, że któraś z pobocznych relacji przerodzi się w głębsze uczucie. Co wtedy? Często dochodzi do dylematu – odejść do nowej miłości, zamknąć otwarty układ, a może próbować modelu poliamorycznego? Nie ma gwarancji, że dodatkowy partner nie stanie się nagle tym ważniejszym, rozbijając dotychczasowy układ.
Na koniec, istotna przestroga: otwieranie związku nie sprawi cudów. Jeśli para przeżywa poważny kryzys, brak zaufania czy ciągłe konflikty, dodanie kolejnych partnerów do miksu prawdopodobnie tylko pogorszy sytuację. Taki eksperyment ma sens, gdy podstawowa relacja jest w miarę stabilna i obie osoby naprawdę tego chcą. W przeciwnym razie "reanimacja" związku poprzez otwartość często kończy się bolesnym rozstaniem.
Czy to jest dla ciebie? Komu służy otwarty układ
Choć otwarty związek z pewnością nie jest dla każdego, to dla niektórych par okazuje się strzałem w dziesiątkę. Po czym poznać, że to może być Twoja droga? Przede wszystkim, obie strony muszą autentycznie tego chcieć. Jeśli choć jedna osoba czuje silny opór, brzydzi ją sama idea dzielenia partnera, albo zgadza się tylko z lęku przed rozstaniem – to wyraźny sygnał STOP. Tylko szczera, entuzjastyczna zgoda daje szansę na powodzenie.
Otwartość w związku najlepiej sprawdza się u osób, które cechuje wysoki poziom zaufania i komunikatywności w relacji. Jeśli już teraz potraficie rozmawiać o wszystkim, również o trudnych emocjach czy fantazjach, macie solidny fundament. Dobrze rokuje też pewność siebie i niezależność obojga partnerów – kiedy każda z osób ma zdrowe poczucie własnej wartości i nie definiuje całego swojego "ja" wyłącznie poprzez związek. Wtedy łatwiej znieść myśl, że partner spędza czas z kimś innym, bo nie traktujemy tego jako cios w nasze ego.
Ważnym pytaniem jest też: dlaczego rozważasz otwartość? Jeśli powodem jest czysta ciekawość, chęć eksploracji seksualnej wspólnie z otwartym partnerem – to może być dobry powód. Jeśli natomiast uciekasz w ten pomysł, bo czujesz się nieszczęśliwy/a w aktualnym związku (np. brakuje w nim seksu, bliskości czy zrozumienia), najpierw spróbuj naprawić te obszary. Otwarty związek nie służy do łatania dziur i prawdopodobnie pogłębi frustrację, gdy podstawowe problemy pozostaną nierozwiązane.
Jak porozmawiać o otwartym związku z partnerem? Krok po kroku
Załóżmy, że po lekturze powyższego oboje myślicie: a może by spróbować? Jak bezpiecznie przejść od pomysłu do praktyki? Oto kilka kroków, które rekomendują seksuolodzy i trenerzy relacji, aby rozmowa o otwarciu związku nie przerodziła się w kłótnię czy dramat:
-
Przemyśl swoje motywacje. Zanim zaczniesz rozmowę, upewnij się, dlaczego w ogóle chcesz otworzyć relację. Czy chodzi o urozmaicenie życia seksualnego, realizację konkretnej fantazji, a może rozwiązanie różnicy potrzeb (np. Ty masz większy apetyt na seks niż partner/ka)? Bądź ze sobą szczery/a – jeśli to tylko sposób na uniknięcie rozstania lub ciche przyzwolenie na zdradę, to zły punkt wyjścia.
-
Wybierz właściwy moment i miejsce. Taką rozmowę należy przeprowadzić na spokojnie, kiedy oboje macie czas i czujecie się bezpiecznie. Nie zaczynaj tematu w biegu, między drzwiami albo tuż przed snem. Najlepiej umówcie się na spokojny wieczór bez rozpraszaczy. Upewnij się, że partner nie jest akurat zestresowany innymi sprawami – złe okoliczności mogą sprawić, że od razu się zrazi.
-
Mów od serca – i bez oskarżeń. Gdy już rozpoczniecie dialog, bądź maksymalnie szczery/a o swoich uczuciach, ale zarazem taktowny/a. Podkreśl, że nie chodzi o żadne winy partnera, brak miłości czy rozczarowanie seksem (nawet jeśli czegoś Ci brakuje, nie formułuj tego jako zarzutu). Zamiast tego wyjaśnij, co Cię ciekawi, pociąga w idei otwartości i jakie korzyści potencjalnie oboje moglibyście z tego mieć. Mów dużo o własnych emocjach używając komunikatu "ja" – np. "Od pewnego czasu czuję, że...". Zapewnij, że wciąż kochasz i cenisz drugą osobę.
-
Wsłuchaj się w reakcję partnera. Przygotuj się, że Twój rozmówca może przeżyć szok, smutek, złość lub strach – to normalne. Nie oczekuj entuzjazmu od razu. Jeśli partner/ka mówi "absolutnie nie", nie próbuj przekonywać na siłę w tym samym momencie. Daj tej informacji wybrzmieć. Dopytaj, dlaczego czuje opór – z ciekawością, a nie z pretensją. Zapewnij, że rozumiesz jej/jego perspektywę. Możliwe, że potrzebnych będzie kilka rozmów w kolejnych tygodniach czy miesiącach, zanim temat się "uleży". Cierpliwość jest tu kluczowa.
-
Ustalcie wspólne zasady i granice. Załóżmy, że oboje jesteście gotowi spróbować – teraz czas na konkrety. Omówcie dokładnie, na co się zgadzacie, a czego nie chcecie w żadnym razie. Stwórzcie listę zasad (patrz poprzednia sekcja o ustalaniu granic). Kto, z kim, kiedy, jak – im jaśniej to ustalicie zawczasu, tym mniej pułapek po drodze. To też moment na uzgodnienie kwestii zabezpieczenia, szczerości (czy opowiadacie sobie nawzajem szczegóły, czy wręcz przeciwnie) itp.
-
Zaczynajcie małymi krokami i monitorujcie emocje. Nie musicie rzucać się od razu na głęboką wodę. Może na początek wystarczy flirt na imprezie na oczach partnera? Albo wspólny wypad do klubu dla swingersów, by oswoić się z atmosferą? Możecie też zacząć od pozwolenia na pocałunki czy randki bez seksu – cokolwiek wydaje się najmniej konfrontacyjne dla Was obojga. Ustalcie, że po każdej nowej przygodzie będzie szczera rozmowa: co czuliście, co było OK, a co ewentualnie raniło.
Więcej partnerów = więcej szczęścia? Wnioski na finał
Czy zatem posiadanie wielu partnerów czyni nas szczęśliwszymi, niż gdy trzymamy się jednego? Nie ma jednej odpowiedzi, która pasowałaby wszystkim. Dla części osób otwarty związek okazał się drogą do bardziej spełnionego życia – dawał wolność, namiętność, rozwój i umocnienie więzi. Istnieją szczęśliwe, kochające się pary, które po latach twierdzą, że decyzja o otwartości była najlepszą, jaką podjęły. Badania również sugerują, że pod względem satysfakcji relacyjnej nie ustępują one parom monogamicznym, a czasem wręcz je przewyższają.
Z drugiej strony, dla wielu ludzi taki styl związku to przepis na katastrofę – i w ich przypadku prawdopodobnie tak by było. Jeśli ktoś głęboko pragnie monogamicznej więzi opartej na wyłączności, nigdy nie poczuje się dobrze dzieląc partnera z innymi. I nie ma w tym nic złego. Są także pary, które podjęły próbę otwartości i wróciły z podkulonym ogonem do klasycznej dwójki, bogatsze o świadomość, że to jednak nie dla nich. Każdy związek jest inny.
