Wypalenie randkowe: dlaczego masz ochotę na seks, ale nie chce Ci się już randkować? Wykład nr. 251

Masz ochotę na seks, ale nie masz już siły na Tinder, rozmowy i kolejne randki? Sprawdź, czym jest wypalenie randkowe i jak odzyskać ochotę na bliskość. Przeczytaj nasz artykuł!




Masz ochotę na seks. Fantazje nadal działają, atrakcyjni ludzie nadal przyciągają wzrok, ciało potrafi bardzo konkretnie przypomnieć, że libido wcale nie wyjechało na bezterminowy urlop. Problem zaczyna się chwilę później - kiedy okazuje się, że zanim wydarzy się cokolwiek przyjemnego, trzeba otworzyć aplikację, przejrzeć profile, rozpocząć rozmowę, przebrnąć przez small talk, ustalić intencje, znaleźć termin, wybrać miejsce, sprawdzić chemię i mieć jeszcze energię na samo spotkanie.

I wtedy pojawia się pozornie absurdalne zdanie: „seks? Bardzo chętnie. Ale całej tej procedury prowadzącej do seksu naprawdę nie mam już siły przechodzić”. To właśnie w tym miejscu zaczyna się zjawisko, które potocznie można nazwać wypaleniem randkowym. Nie jest to oficjalna diagnoza i nie należy go mylić z depresją kliniczną, ale samo doświadczenie jest jak najbardziej realne: człowiek może nadal czuć pożądanie, a jednocześnie być kompletnie zmęczony sposobem, w jaki współczesne randkowanie każe mu to pożądanie realizować.

Być może więc jednym z największych erotycznych paradoksów naszych czasów nie jest brak seksu, lecz sytuacja, w której seksu nadal chcemy, ale przestaliśmy mieć energię na jego organizowanie. I wcale nie musi to oznaczać problemu z libido.




 „Chce mi się seksu, ale nie chce mi się randkować”. To wcale nie jest sprzeczność

Przyzwyczailiśmy się myśleć o pożądaniu jak o prostym mechanizmie: jeśli człowiek ma ochotę na seks, będzie aktywnie do niego dążył. Jeżeli nie inicjuje kontaktów, nie umawia się i ignoruje kolejne powiadomienie z aplikacji, najłatwiej uznać, że „po prostu nie ma libido”. Tyle że pożądanie, energia, motywacja i gotowość do podjęcia działania nie są jednym i tym samym procesem. Można naprawdę czegoś chcieć, ale jednocześnie oceniać koszt dotarcia do tego jako zbyt wysoki.

Najprostsza analogia? Możesz mieć ogromną ochotę na świetną kolację i jednocześnie nie mieć ani grama energii, żeby po pracy iść do sklepu, zrobić zakupy, gotować przez godzinę, a później jeszcze sprzątać kuchnię. Głód nie zniknął. Zabrakło jedynie zasobów na całą procedurę pomiędzy pragnieniem a nagrodą. W seksualności może być podobnie. Seks nadal brzmi atrakcyjnie, ale piętnaście rozmów, trzy nieudane randki, kolejny ghosting i obowiązek prezentowania swojej najlepszej wersji kolejnym obcym ludziom już zdecydowanie mniej.

Dlatego warto oddzielić libido od motywacji do randkowania. Człowiek może fantazjować, masturbować się, reagować na erotyczne bodźce i tęsknić za fizyczną bliskością, a przy tym czuć autentyczne znużenie na samą myśl o otwieraniu Tindera, Bumble czy innej aplikacji. Może również mieć ochotę na seks z osobą, której już ufa, ale kompletnie nie chcieć zaczynać relacji od pytania „czym się zajmujesz?” po raz dwudziesty w tym miesiącu.

To rozróżnienie jest ważne, bo zmienia pytanie. Zamiast zastanawiać się: „co się stało z moim libido?”, można zapytać: „czy naprawdę przestałem chcieć seksu, czy przestałem mieć siłę na drogę prowadzącą do niego?”.




Randkowanie miało być prostsze. Dlaczego coraz częściej przypomina drugi etat?

Aplikacje randkowe miały rozwiązać jeden z największych problemów singli: znalezienie ludzi, którzy również chcą kogoś poznać. Teoretycznie zrobiły to znakomicie. W kilka minut można zobaczyć więcej potencjalnych partnerów niż kiedyś w ciągu całego miesiąca życia towarzyskiego. Tylko że dostęp do ludzi nie jest jeszcze dostępem do bliskości, seksu ani dobrej relacji.

Zanim dojdzie do pierwszego spotkania, trzeba wykonać zaskakująco dużą liczbę mikroczynności. Profil powinien być atrakcyjny, ale niewymuszony. Zdjęcia powinny wyglądać dobrze, ale podobno niezbyt profesjonalnie. Opis ma mówić coś o człowieku, jednocześnie nie będąc esejem. Następnie zaczyna się selekcja: wygląd, odległość, styl życia, intencje, czerwone flagi, kompatybilność, poczucie humoru. Potem match. Pierwsza wiadomość. Oczekiwanie. Kolejne pytania. Próba ustalenia, czy druga strona rzeczywiście chce się spotkać, czy tylko zbiera kolejne rozmowy.

A jeśli dochodzi do randki, zaczyna się logistyka. Kiedy? Gdzie? Kto ma dojechać? Ile czasu chcemy na to przeznaczyć? Czy spotkanie ma być krótkie i niezobowiązujące, czy bardziej romantyczne? W przypadku seksu dochodzą kwestie bezpieczeństwa, granic, antykoncepcji, ochrony przed infekcjami przenoszonymi drogą płciową i zwyczajnego sprawdzenia, czy chemia znana z wiadomości w ogóle istnieje poza ekranem.

Każda z tych rzeczy osobno jest drobiazgiem. Problem pojawia się wtedy, gdy człowiek wykonuje je regularnie, z kolejnymi osobami, a większość kontaktów nigdy nie przechodzi do kolejnego etapu. Jedna dwugodzinna randka może więc mieć za sobą tydzień niewidzialnej pracy: pisania, planowania, analizowania i oczekiwania. Po kilku takich rundach niektórzy zaczynają patrzeć na nowe dopasowanie nie jak na ekscytującą możliwość, lecz jak na kolejne zadanie do obsłużenia.

I właśnie wtedy randkowanie zaczyna przypominać drugi etat. Tyle że zamiast wynagrodzenia na końcu może czekać wiadomość „sorry, jednak dzisiaj nie dam rady”.



Swipe, match, następny. Czy nadmiar możliwości nauczył nas przede wszystkim odrzucać?

Jedną z największych zmian wprowadzonych przez aplikacje jest pozorna nieskończoność wyboru. Jeśli jedna osoba nie odpowiada, następna znajduje się dosłownie kilka ruchów palca dalej. To wygodne i demokratyzujące, ale psychologicznie może mieć również mniej oczywisty efekt: człowiek zaczyna funkcjonować w środowisku, w którym każda osoba jest zestawiana z potencjalnie lepszą kolejną opcją.

Badania nad wyborem partnera online sugerowały już wcześniej, że w miarę przeglądania kolejnych profili użytkownicy mogą stawać się coraz bardziej skłonni do odrzucania. Nie musi oznaczać to, że stają się powierzchowni czy „zepsuci przez aplikacje”. Mechanizm może być znacznie prostszy: przy ogromnej liczbie możliwości zmienia się samo pytanie zadawane podczas wyboru. Zamiast „czy ta osoba mnie interesuje?” łatwo zacząć myśleć „czy interesuje mnie wystarczająco, skoro za chwilę zobaczę następną?”.

W realnym świecie relacje często dostają czas na rozwinięcie. Ktoś może nie robić piorunującego wrażenia podczas pierwszych trzydziestu sekund, ale po godzinie rozmowy okazuje się zabawny, ciepły, inteligentny i znacznie bardziej atrakcyjny niż początkowo. W aplikacji decyzja bywa podejmowana, zanim jakakolwiek chemia zdąży się pojawić. Kilka zdjęć i trzy zdania mają reprezentować całego człowieka.

Do tego dochodzi habituacja. Pierwszy match może wywołać dreszcz. Pięćdziesiąty jest już tylko kolejną plakietką na ekranie. Pierwsza ciekawa rozmowa z obcym człowiekiem potrafi być ekscytująca. Dwudziesta konwersacja rozpoczynająca się od „jak minął weekend?” może sprawić, że masz ochotę przygotować sobie szablon odpowiedzi.

Właśnie dlatego nadmiar wyboru nie zawsze daje poczucie obfitości. Czasem daje poczucie niekończącej się selekcji. A selekcja jest męcząca, szczególnie kiedy człowiek sam przez cały czas wie, że również jest oceniany.




Profil randkowy jak CV. Najbardziej męczące może być ciągłe sprzedawanie samego siebie

Randkowanie zawsze wiązało się z prezentowaniem siebie z dobrej strony. Aplikacje nadały temu jednak wyjątkowo skondensowaną formę. Twarz, ciało, wiek, wzrost, zawód, zainteresowania, sposób pisania i poczucie humoru zostają zamknięte w niewielkiej karcie, która ma w kilka sekund przekonać drugiego człowieka: „zatrzymaj się właśnie tutaj”.

Na początku może być to zabawne. Wybieranie zdjęć, pisanie bio, pierwsze matche i obserwowanie, kto reaguje, mają w sobie element gry. Po pewnym czasie łatwo jednak zacząć traktować własny profil jak produkt wymagający ciągłej optymalizacji. Może powinienem zmienić zdjęcie? Może opis jest zbyt nudny? Może zdjęcie z wakacji już się zestarzało? Dlaczego wcześniej miałem więcej dopasowań? Czy napisałam coś źle? Dlaczego ktoś zniknął po bardzo dobrej rozmowie?

Taka regularna mikroocena może być szczególnie wyczerpująca dla osób, które i bez tego dużo energii wkładają w wizerunek, relacje zawodowe czy media społecznościowe. Po całym dniu funkcjonowania w świecie, w którym trzeba być kompetentnym, interesującym i dostępnym, wieczorna perspektywa wejścia do kolejnej przestrzeni, gdzie ponownie należy udowodnić swoją atrakcyjność, może przestać mieć cokolwiek wspólnego z erotyką.

To nie znaczy, że aplikacje randkowe są z natury szkodliwe. Dla wielu ludzi są świetnym sposobem na poznawanie partnerów, zwłaszcza gdy codzienne środowisko daje mało okazji do nowych kontaktów. Problem pojawia się wtedy, gdy narzędzie zaczyna pochłaniać więcej energii, niż jesteśmy w stanie mu oddać.

Jeśli więc po tygodniu czy miesiącu intensywnego swipe'owania człowiek myśli nie „nie chcę nikogo”, lecz raczej „nie chcę już po raz kolejny prezentować siebie nieznajomym od zera”, to bardzo istotna różnica.




 „Seksualna depresja” brzmi celnie, ale nie mylmy jej z depresją

Określenie „seksualna depresja” dobrze oddaje pewien stan emocjonalny: libido nadal gdzieś istnieje, ale człowiek czuje, że jego życie erotyczne utknęło, a samo myślenie o randkowaniu wywołuje zmęczenie. Nie jest to jednak termin medyczny. Tym bardziej nie powinien zastępować diagnozy depresji, która jest zaburzeniem obejmującym znacznie więcej niż niechęć do aplikacji czy randek.

Podobnie „wypalenie randkowe” jest użyteczną nazwą potoczną, ale nie kliniczną. W medycynie pojęcie wypalenia jest związane przede wszystkim ze środowiskiem zawodowym. W randkowaniu używamy go metaforycznie, by opisać poczucie wyczerpania, cynizmu, obniżonego zaangażowania i niechęci do powtarzania procesu poznawania kolejnych osób.

W praktyce można jednak zauważyć kilka charakterystycznych sygnałów, które bardziej przypominają zmęczenie samym randkowaniem niż całkowity zanik seksualności:

  • Nadal pojawiają się fantazje, ochota na masturbację, erotyczne zainteresowanie i reakcje na atrakcyjnych ludzi, ale aplikacja randkowa natychmiast wywołuje znużenie.

  • Sama perspektywa spotkania uruchamia więcej kalkulacji dotyczących czasu, dojazdu i logistyki niż ekscytacji.

  • Kolejne rozmowy zaczynają brzmieć identycznie, a opowiadanie o sobie nowym osobom staje się mechaniczne.

  • Usunięcie aplikacji przynosi wyraźną ulgę, mimo że potrzeba seksu, dotyku albo bliskości nie znika.

  • Seks z osobą, której już ufasz, wydaje się bardzo atrakcyjny, natomiast proces dochodzenia do podobnej relacji z kimś nowym wygląda jak ogromny wysiłek.

  • Coraz częściej odkładasz odpowiedzi nie dlatego, że ludzie zupełnie cię nie interesują, ale dlatego, że zwyczajnie nie masz energii rozpoczynać wszystkiego od początku.

Najbardziej przydatne pytanie brzmi więc nie „czy mam seksualną depresję?”, lecz: „czy nie mam ochoty na seks, czy nie mam siły organizować sytuacji, w której seks mógłby się wydarzyć?”.




 Nie straciłeś libido. Po prostu masz dość onboardingu do własnej sypialni

W projektowaniu usług istnieje pojęcie „friction”, czyli tarcia: wszystkich kroków stojących pomiędzy użytkownikiem a rzeczą, której chce. Współczesne randkowanie ma czasami naprawdę wysoki poziom erotycznego friction.

Wyobraź sobie osobę, która ma stałego partnera i wieczór dla siebie. Pociąg jest, zaufanie jest, prywatność jest. Droga od ochoty do seksu może być stosunkowo krótka. Teraz wyobraź sobie singla z identycznym poziomem libido. Najpierw musi znaleźć kogoś atrakcyjnego, zostać uznanym za atrakcyjnego przez tę osobę, nawiązać kontakt, sprawdzić intencje, zorganizować spotkanie, zweryfikować chemię offline i dopiero wtedy zdecydować, czy w ogóle chce iść dalej.

To samo pożądanie, ale kompletnie inny koszt jego realizacji.

Dlatego bardzo łatwo pomylić problem z libido z problemem infrastruktury. Seks nadal jest atrakcyjny, tylko droga do niego zrobiła się długa. Szczególnie dotyczy to osób, których pożądanie w dużym stopniu zależy od sytuacji. Nie każdy funkcjonuje z nieustannym spontanicznym głodem seksualnym. U wielu osób zainteresowanie rośnie dopiero wtedy, gdy pojawiają się odpowiednia atmosfera, flirt, poczucie bezpieczeństwa, dotyk i emocjonalna bliskość.

Problem polega na tym, że stworzenie tych warunków również wymaga energii. Trzeba najpierw zainwestować czas w relację, zanim otrzyma się szansę na sprawdzenie, czy erotyczna iskra w ogóle się pojawi.

I właśnie dlatego okresowo znacznie łatwiejsza może wydawać się seksualność solo. Masturbacja, fantazja, wibrator czy masturbator nie wymagają negocjowania kalendarza, robienia dobrego pierwszego wrażenia i zastanawiania się, czy druga osoba faktycznie chce tego samego. To jednak nie oznacza, że seks solo „zastąpił ludzi”. Może po prostu odpowiadać na część seksualnych potrzeb przy znacznie niższym koszcie organizacyjnym.

Człowiek nadal może tęsknić za zapachem drugiej osoby, dotykiem skóry, pocałunkiem i doświadczeniem bycia pożądanym, jednocześnie nie mając już siły na kilkanaście etapów prowadzących do takiego spotkania.




Ghosting nie zawsze łamie serce. Czasem po prostu powoli zabija ciekawość

Nie każde zniknięcie z aplikacji jest wielkim dramatem. Czasem ktoś nie odpisuje i po dwóch dniach nawet nie pamiętamy jego imienia. Problemem jest jednak powtarzalność. Każdy nowy kontakt wymaga minimalnego emocjonalnego otwarcia: trzeba zwrócić uwagę na człowieka, zapamiętać kilka faktów, odpowiedzieć coś o sobie, zadać pytanie i choć na chwilę dopuścić możliwość, że znajomość może pójść dalej.

Kiedy takie kontakty regularnie urywają się bez wyjaśnienia, naturalną reakcją może być zmniejszenie zaangażowania. „Nie będę się nakręcać”. „Nie chce mi się rozpisywać, bo pewnie i tak zniknie”. „Zobaczymy, czy w ogóle odpisze”. Jest to całkiem logiczny sposób oszczędzania emocjonalnej energii.

Tyle że właśnie ten mechanizm może stopniowo pogarszać jakość nowych kontaktów. Im mniej angażujemy się w rozmowę, tym bardziej staje się ona przewidywalna. Im bardziej przewidywalna rozmowa, tym szybciej obie osoby się nudzą. Im więcej nudnych rozmów, tym większe przekonanie, że w aplikacjach „nie ma nikogo ciekawego”.

Powstaje błędne koło, w którym cynizm chroniący przed rozczarowaniem jednocześnie zmniejsza szansę na zainteresowanie. 




 Największy cockblock XXI wieku? Mental load i seks jako kolejny projekt do zorganizowania

Zmęczenie organizowaniem seksu nie dotyczy wyłącznie singli. W stałych relacjach mechanizm może wyglądać inaczej, ale prowadzić do podobnego rezultatu. Seks staje się jeszcze jednym zadaniem do wpisania pomiędzy pracę, obowiązki domowe, zakupy, dzieci, trening, rodzinę i niekończące się sprawy, które „trzeba ogarnąć”.

W kontekście relacji często mówi się o mental load, czyli niewidzialnej pracy polegającej nie tylko na wykonywaniu obowiązków, ale też na pamiętaniu o nich, planowaniu i przewidywaniu. W życiu seksualnym istnieje podobny mechanizm. Kto inicjuje? Kto proponuje wyjście? Kto pilnuje, żebyście w ogóle mieli wieczór tylko dla siebie? Kto kupuje prezerwatywy albo lubrykant? Kto proponuje nowości? Kto pierwszy zauważa, że od miesiąca żyjecie obok siebie bardziej jak współlokatorzy niż kochankowie?

Jeżeli jedna osoba staje się permanentnym menedżerem relacji erotycznej, nawet przy działającym libido może pojawić się bunt: „chcę seksu, ale nie chcę ponownie być człowiekiem odpowiedzialnym za to, żeby w ogóle się wydarzył”. I to jest niezwykle istotna różnica.

Stres i przeciążenie także nie pozostają bez znaczenia dla pożądania. Seksualność nie żyje w osobnej szufladzie. Jeżeli przez cały dzień człowiek funkcjonuje na wysokich obrotach, wieczorem trudno nagle nacisnąć przycisk i wejść w tryb erotyczny. Czasem najbardziej podniecającą rzeczą, jaką partner może zrobić, nie jest wysłanie prowokacyjnej wiadomości, lecz przejęcie części odpowiedzialności.




 Detoks od randek bez detoksu od seksu. Jak odzyskać ciekawość zamiast zmuszać się do kolejnego swipe'a?

Kiedy życie randkowe zwalnia, łatwo uznać, że trzeba po prostu bardziej się postarać. Więcej aplikacji, więcej rozmów, lepsze zdjęcia, częstsze wyjścia, więcej randek. Problem w tym, że jeśli główną trudnością jest przeciążenie, dokładanie kolejnych bodźców przypomina leczenie zmęczenia dodatkową zmianą w pracy.

Czasem znacznie sensowniejsze jest zmniejszenie liczby kontaktów i odzyskanie poczucia, że randkowanie jest wyborem, a nie obowiązkiem. Pomocne mogą być bardzo proste zmiany:

  • Ogranicz liczbę równoległych rozmów. Kilka kontaktów, którym naprawdę poświęcasz uwagę, może być mniej męczące niż kilkanaście konwersacji prowadzonych automatycznie.

  • Jeśli obie strony chcą spotkania, nie przedłużaj w nieskończoność etapu pisania. Krótka kawa lub spacer mogą szybciej powiedzieć coś o chemii niż trzy tygodnie dopracowywania wiadomości.

  • Projektuj pierwsze randki tak, żeby nie wymagały ogromnego nakładu czasu i pieniędzy. Nie każda nowa osoba musi od razu dostać cały sobotni wieczór.

  • Pozwól sobie naprawdę zrobić przerwę od aplikacji. Nie jako karę ani demonstracyjne „nigdy więcej randek”, tylko zwyczajny odpoczynek.

  • Nie traktuj seksualności solo jako nieudanego zamiennika. Masturbacja, fantazje i gadżety erotyczne są pełnoprawną częścią życia seksualnego, również wtedy, gdy nie masz aktualnie ochoty poznawać nowych ludzi.

  • Przestań wykonywać całą pracę organizacyjną samodzielnie. Osoba, która chce się spotkać, także może zaproponować termin, miejsce czy rozwiązanie logistyczne.

  • Zastanów się, czego obecnie rzeczywiście szukasz. Relacji, seksu, flirtu, niezobowiązującej bliskości? Im jaśniej to wiesz, tym mniej energii tracisz na osoby chcące czegoś zupełnie innego.




Seks solo wygrywa z randką? To nie znaczy, że wibrator „zepsuł Ci libido”

Kiedy człowiek ma coraz mniej ochoty na randkowanie, łatwo znaleźć wygodnego winowajcę. „Może za często się masturbuję?”. „Może za bardzo przyzwyczaiłam się do wibratora?”. „Może seks solo jest tak łatwy, że przestało mi się chcieć prawdziwych ludzi?”.

To atrakcyjna narracja, ponieważ daje bardzo prostą odpowiedź na złożony problem. Tymczasem masturbacja i seks partnerski nie są identycznymi doświadczeniami i nie muszą ze sobą konkurować. W seksie solo masz pełną kontrolę, znasz własne ciało i nie musisz zarządzać emocjami ani reakcjami drugiej osoby. Seks partnerski wnosi natomiast wzajemność, bliskość, nieprzewidywalność, zapach, ciężar drugiego ciała i poczucie bycia pożądanym przez kogoś realnego.

Można bardzo lubić jedno i tęsknić za drugim.

Jeżeli w okresie dużego obciążenia masturbacja zaczyna wygrywać z randką, nie musi to świadczyć o zaburzeniu. Czasem świadczy jedynie o różnicy kosztów. Jedna forma przyjemności wymaga kilku minut i prywatności. Druga może wymagać aplikacji, dwóch tygodni rozmów, przełożonego terminu i podróży przez pół miasta.

Nie ma więc powodu traktować własnej seksualności solo jak przeciwnika. W okresie przerwy od randek może wręcz pomagać zachować kontakt z tym, co faktycznie podnieca, jakie fantazje wracają i czego człowiek chciałby kiedyś spróbować również z partnerem.





 Może nie masz problemu z seksem. Może po prostu masz już dość rekrutacji do własnej sypialni

Współczesne randkowanie doprowadziło nas do dziwnego momentu. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tak łatwego technicznego dostępu do ogromnej liczby potencjalnych partnerów, a jednocześnie bardzo wiele osób opisuje sam proces poznawania ludzi jako męczący, powtarzalny i emocjonalnie kosztowny.

Być może więc pytanie „dlaczego ludzie mają mniej seksu?” jest zbyt proste. Ciekawsze brzmi: jak wiele pracy trzeba dziś wykonać, zanim dojdzie do seksu, którego naprawdę chcemy?

U singla jest to selekcja, pisanie, bezpieczeństwo, spotkania i kolejne początki. W związku mogą to być kalendarze, obowiązki, rodzicielstwo, nierówny podział mental load i sytuacja, w której jedna osoba od lat pozostaje jedynym inicjatorem. W obu przypadkach rezultat może wyglądać podobnie: fantazje działają, ciało działa, a kiedy trzeba wykonać pierwszy krok, pojawia się myśl „nie dzisiaj”.

I właśnie dlatego „seksualna depresja” jest jako hasło jednocześnie trafna i myląca. Trafna, bo dobrze oddaje poczucie erotycznego zawieszenia. Myląca, bo nierzadko seksualność wcale nie umarła.

Być może wypaliła się tylko obsługa logistyczna pożądania.

Nie każda przerwa od randek jest więc przerwą od seksualności. Nie każda masturbacja oznacza rezygnację z ludzi. Nie każdy miesiąc bez seksu jest symptomem problemu. I nie każdy wieczór, kiedy patrzysz na nowe powiadomienie z aplikacji i myślisz „naprawdę nie mam dzisiaj na to siły”, oznacza, że przestałeś kogokolwiek pragnąć.

Czasami nadal bardzo chcesz seksu.

Tylko kompletnie nie masz ochoty jeszcze raz przechodzić przez CV, rozmowę kwalifikacyjną, drugi etap rekrutacji i okres próbny, zanim ktoś wreszcie znajdzie się z tobą w jednej sypialni.

A może właśnie w tym tkwi najważniejsza odpowiedź: seks nie powinien być kolejnym projektem do dowiezienia. Randka nie jest KPI, a twoja seksualność nie przestaje istnieć tylko dlatego, że dzisiaj naprawdę nie chce ci się nikomu odpisywać.